Porównianie, przegranie.

Porównywanie się do innych to prosta droga do smutku. Każdy z nas znajdzie mądrzejszego, przystojniejszego, piękniejszą czy bardziej uzdolnioną. Zawsze sobie powtarzam, że nie możesz tego robić. Jednak ostatnio nie dałem rady.

Udało mi się zdać sesję, wszystko w pierwszych terminach, wszystko na powyżej 4.0 i mimo że taki był mój cel – wysoka średnia i próba walki o stypendium – to czuję, że nic nie zrobiłem i tylko straciłem czas. Wydaje mi się, że zmarnowałem cały kwartał, gdy mogłem robić coś wartościowego. Gdy myślę o tym dłużej to dobrze wiem skąd te myśli.

emile-perron-190221

Przeglądając wiadomości sportowe, zupełnym przypadkiem porównałem się z innym człowiekiem. Czytałem  o Realu i zobaczyłem coś interesującego. Mój ulubiony klub myśli o transferze młodego piłkarza – Delle Allego – i nic w tym dziwnego, co roku ściągają największe talenty. Jednak gdy zobaczyłem jego datę urodzenia 11.04.96… tylko o 360 dni starszy ode mnie, przyszła do mnie straszna myśl. Gdy on strzela bramki najlepszym zespołom świata ty… nic nie robisz.

Poczułem się jak zwykły przegrany. Jak ktoś kto nic nie robi, gdy można robić tyle. Myślałem wtedy o tym gdzie teraz jestem i czy to co robię ma sens. Przecież gdy inni w twoim wieku mają już wielkie osiągnięcia, ty masz jakieś głupie oceny. Po co w ogóle ci na nich zależało gdy mogłeś zbawiać świat lub ratować innych jak inni.

anna-dziubinska-348

Wtedy przyszła do mnie ta ciepła, przyjemna myśl. „Rozwijasz się.” ona wystarczyła by zaraz za nią pojawiła się fala dobrych myśli. Zrozumiałem to że, może teraz jestem tylko tutaj, ale powinienem być wdzięczny że jestem aż tutaj i mam tyle. Jeśli postaram się o ciągły rozwój i z każdym dniem będę stawał się lepszy to może kiedyś osiągnę swoje cele.  Bo tak naprawdę nigdy nie będę najlepszy, ale mogę być najlepszą wersją siebie.

Z tej historii wniosek jest prosty, nigdy, jeszcze raz, NIGDY nie porównuj się z innymi, to prosta droga do zdołowania się, zawsze znajdzie się ktoś kto osiągnął, zrobił, zarobił więcej, czy nawet pomógł więcej. Jedyne co możesz zrobić to porównaj się do siebie z wczoraj i sprawdź czy jesteś od niego lepszy. Jeśli tak to osiągnąłeś sukces.

wynand-van-poortvliet-64523

Aha, inny wniosek to jest… muszę obserwować karierę Dellego! Gość ma 20 lat, a już jego historia nadaje się na niesamowity film, ciekawe co będzie dalej.

Nowy rozdział – Studiowanie.

Dawno nie pisałem, nawet nie wiem dlaczego, bo na pewno nie przez brak czasu. Mam jednak dobrą wymówkę – zacząłem studia! I jeśli kiedyś myślałem, że będę zapracowany i nie będę wyrabiał z nauką, to zdecydowanie nie miałem racji. Nie jest tak ciężko jak sadziłem, że będzie. Byłem przygotowany na wojnę, a na razie jest, co jakiś czas, lekka bitwa. Co prawda nie miałem jeszcze pierwszej sesji i nic jeszcze nie wiem o prawdziwym studiowaniu. Ale coś już wiem i spróbuję wyszczególnić co.

Po pierwsze mieszkanie z nowymi ludźmi jest trudne. Słyszałem, że nie będzie łatwo i zdecydowanie nie jest. Trzeba się przyzwyczaić do nowych zasad i poznać dziwne zwyczaje współlokatorów. Ale to nie tak, że oni są jacyś dziwni, a ja idealny. Czasem, gdy myślę o moim zachowaniu, wydaje mi się, że wychowałem się w jakiejś amazońskiej osadzie i dopiero uczę się jak zachowywać się przy innych ludziach. Na moje szczęście, udało mi się zamieszkać ze starymi znajomymi i przez to widzę, że zanim zamieszkaliśmy razem tak naprawdę się nie znaliśmy. To powinien być test dla każdej przyjaźni, zamieszkajcie razem i spróbujcie się nie zabić. Jeśli wam się uda, to macie moje gratulacje.

Początki na uczelni były dla mnie łatwiejsze niż dla większości. Bardzo lubię poznawać nowych ludzi. Każdy stara się wtedy nikogo nie urazić i jesteśmy dla siebie mili, tworzymy taką przyjemną osobistą wizytówkę. To tak jak oglądanie zwiastunów – oglądamy tylko najlepsze fragmenty i nie widzimy całej fabuły. Ale żeby nie być powierzchownym – jakie ja genialne fabuły poznałem! Tylu ciekawych ludzi się nie spodziewałem, są niesamowicie różnorodni i ze wszystkich części Polski. Każdy ma za sobą jakąś ciekawą historię, a żarty z różnych części kraju wciąż mnie bawią. Jedynie szkoda, że nauka imion zajmie mi chyba kolejne pół roku, ale zdecydowanie warto.

Miasto było dla mnie niezwykle przyjazne, chyba dlatego, że już je wcześniej trochę znałem. Studiuję w Krakowie, mieście idealnym dla studentów. Tu jest dosłownie wszystko. Moje rodzinne miasto nie jest znowu takie małe – ma prawie 100 tysięcy mieszkańców, ale w porównaniu do tego miejsca… – tutaj można poczuć się małym. Dostęp do festiwali, koncertów i eventów jest porażających. Jeśli mam być szczery, to wciąż z nich nie korzystam w pełni. Jestem przyzwyczajony do zwykłych imprez raz w tygodniu… a tu … tu codziennie są dwie fajne rzeczy które chciałbym zrobić. Jak z tym wszystkim wyrobić?

Jednak początki nie były takie kolorowe, musiałem walczyć z komunikacją miejską. Gubiłem się średnio raz na tydzień, a linie tramwajowe były moim największym wrogiem. Gdyby nie JakDojadę nigdzie bym się nie dostał. Mam szczęście, że znalazłem idealne mieszkanie. W dobrej lokalizacji w stosunku do uczelni, z fajną dzielnicą ze wszystkim, co potrzebne w pobliżu. Wszystkim czyli z Biedronką w odległości 10 metrów , siłownią 20m, alkoholowy 30m, i apteką 50m – idealne połączenie.

Studiuję Teleinformatykę na AGH. Na pierwszych zajęciach przyszedł do nas dziekan i powiedział „Jeśli nie jesteście tu z pasji, tylko z wyrachowania to nie będzie wam łatwo”, przeszła mi wtedy przez głowę myśl czy to nie telepatia… Na początku kotłowały mi się też myśli czy nie zmienić tego na coś innego, może lepszego, może łatwiejszego, a może by tak to wszystko rzucić i wyjechać w Bieszczady. Postanowiłem jednak, że lepszego kierunku nie znajdę i to był dobry wybór! Przedmioty inżynierskie, gdy się pojawiają, są mega! Lubię na nie chodzić, mam z nimi mnóstwo zabawy, nie mogę doczekać się, gdy będzie ich więcej w kolejnych latach. Chyba powoli staje się sieciowcem.

Największy szok przeżyłem pod względem spędzania czasu. Będąc w domu miałem już mnóstwo wyrobionych nawyków. Przychodzisz, siadasz do kompa, coś przy nim porobisz i nagle po 4 godzinach siadasz do obowiązków. Teraz musiałem w nowym miejscu stworzyć nowe przyzwyczajenia i coś się we mnie zmieniło. Wyhodowałem gigantyczny moralniak, który pojawia się gdy zaczynam się lenić, a mam coś do zrobienia na uczelnię. Nie będę udawał, że robię wszystko, ale staram się rozpoczynać zadania od ręki i naprawdę więcej się udaje. Mam przez to problem, co robić z tym wolnym czasem, który zostaje później… co nie jest jakąś wielką tragedią. Na razie najwięcej zabawy mam ze spędzania czasu z dziewczyną i starymi znajomymi. Ale mam nadzieję, że znajdę jakąś fajną organizacje do której wstąpię, bo tam poznaje się najciekawszych ludzi i tworzy długofalowe projekty.

Po rozpoczęciu studiów mam jeden prosty wniosek… nie doceniałem rodzinnego domu. Będąc na co dzień przy bliskich nie widziałem jak bardzo jestem od nich uzależniony. Nie chodzi mi o pieniądze (no dobra, na samym oddychaniu nie przeżyję, a już zdecydowanie nie w Krakowie), ale o rozmowy o niczym i o takie przyzwyczajenie do ich zwyczajów i niedoskonałości. Brakuje mi troszkę tej zależności i beztroskiego życia. Jednak chyba nadszedł czas na samodzielność i ostateczny krok w dorosłość. Czas na budowanie nowych, już zupełnie własnych relacji.

Marzenia czy mrzonki.

Podobno każde życie jest inne, ale są w nim pewne dwie rzeczy.  Wydaje mi się że zapominamy o trzeciej rzeczy którą wszyscy mamy wspólną – o marzeniach. Wszyscy marzą, marzyli, lub będą marzyć. Dla wielu ludzi będzie to powód do zawodu i smutku, bo ich fantazje przyćmią rzeczywistość. Ale czy możemy je spełnić?

A photo by Dyaa Eldin. unsplash.com/photos/2fl-ocJ5MOA

 

Większość z nas miało kiedyś wielkie marzenia o podbijaniu świata. Niewielu gdy dorastało i bawiło się z kolegami w piaskownicy w śmieciarza, ochroniarza czy kasjera. Mówię to z całym szacunkiem dla każdego z tych zawodów, bo sam wykonywałem ten ostatni i nie są to najgorsze zajęcia na świecie. Jednak nie można się oszukiwać, że gdy jesteśmy dziećmi nie jesteśmy jeszcze skażeni pesymizmem świata i widzimy się na wielkich stanowiskach i wierzymy w swoją przyszłość. Z czasem, gdy wchodzimy w dorosłość, tracimy gdzieś magię, zaczynamy rezygnować z marzeń i skupiamy się na szarej rzeczywistości.

Ale czy musi tak być, czy dorosłość to tylko ciągła przeciętność i stagnacja? Jeśli tak to Świat jest całkiem popieprzony. Po co robić coś jeśli i tak się polegnie. Przecież człowiek nie może być dobry we wszystkim czego się dotknie, statystycznie nigdy nie będzie najlepszy w czymkolwiek. To pokazuje że porównywanie się do innych to prosta droga do rezygnacji z marzeń.  Nie celuj by być lepszy od innych, ale w bycie lepszym od siebie wczoraj. Osiągniesz sukces, jeśli codziennie będziesz się powoli rozwijał i budował swoją lepszą przyszłość i może właśnie tak spełnia się marzenia…

gb

Fantazjujemy o rezultacie, nie o drodze. Nikt nie widzi tysięcy kilometrów, które musiał przebiec zwycięzca maratonu, ale myśli jak fajnie byłoby wbiec na metę z uśmiechem i stać z medalem na szyi. Gdy dostajesz najlepszą ocenę, tylko ty wiesz ile godzin nauki i błędów ona kosztowała. Niewiele historii miłosnych zaczyna się od poznania idealnego partnera, ale częściej od złamanego serca i nieprzespanych nocy. Porażki zdarzają się każdemu. W życiu nic nie przychodzi łatwo, a jeśli już przyszło nigdy nie smakuje tak dobrze jak nagroda zdobyta po walce i wycieńczeniu.

Właśnie dlatego musimy zmienić marzenia w cele. Marzenie to ostateczna wizja, coś co powinno motywować do zadania, jednak to cele się osiąga. Cele są rezultatem wielu kroków i mniejszych działań, czymś co możemy zmierzyć, poczuć i zobaczyć na własne oczy. Co najważniejsze, cele są rezultatem planów. Plany są stopniowe. Zaczynając od małych celów, możesz osiągnąć wielkie rzecz,y jeśli je poszczególnie zaplanujesz. Nie jest to tak podniecające jak wizja sukcesu, ale właśnie ona musi być paliwem, a plan wozem do sukcesu.

My Plan

Muszę przyznać że kiedyś nie znosiłem planowania. Uważałem że jeśli człowiek jest zorganizowany jest nudny, nic ciekawego na niego nie czeka, a w jego życiu nie ma czasu na spontaniczność. Zmieniło mnie proste zapisywanie rzeczy które chcę osiągnąć następnego dnia. Były to zwykłe, małe czynności które miały powoli prowadzić do sukcesu. Często zapisałem je tylko, by o niczym nie zapomnieć. Wtedy zauważyłem, że gdy jest coś na papierze jest diametralnie większa szansa że to zrobię! W dodatku gdy wyznaczyłem sobie czas i wizualizowałem jak to robię, moja głowa była bardziej skłonna do zadania. Oczywiście nie zawsze udaje się osiągać wszystko co zapisałem, ale to normalne. Wtedy po prostu przepisuje to na kolejny dzień i wiem co mam zrobić na początku dnia.

Jednak sposób w jaki planujesz nie jest ważny. Jest wiele różnych technik które zależą od osoby i od tego co pomaga w osiąganiu sukcesu. Musisz tylko spróbować, nie zamykać się i mówić że to nie dla mnie. Jeśli zaplanujesz drogę do marzenia będzie łatwiej go osiągnąć. Nie od razu Kraków zbudowano. Cele powinny być schodkowe, lepiej jest zacząć od przebiegnięcia 3 kilometrów i stopniowo zwiększać dystans, niż wystartować w maratonie i się załamać. Tylko z czasem stanie to się możliwe.

Processed with VSCOcam with e6 preset

Wielkie marzenie na początku powinno być nawet niemożliwe. Jeśli widzisz się w wygodnej przeszłości, możesz stracić szansę na niesamowite życie. Musimy mierzyć wysoko, bo nawet gdy nam się nie uda, na pewno będziemy lepsi niż obecnie – Shoot for the moon. Even if you miss, you’ll land among the stars.  Dlatego niezwykłe projekty, które z początku wydają się być śmieszne, wcale nie muszę być wariactwem. Będą tylko motorem napędowym do mniejszych sukcesów.

Nie musisz więc osiągnąć wszystkiego i nic w tym strasznego.  Nawet jeśli nie spełnisz jednego marzenia to wcale nie przegrałeś. Liczy się droga i to że ty się rozwinąłeś. Jeśli marzenia staną się twoim celem i zaplanujesz jak je osiągnąć jest wielka szansa że nie staną się zwykłą mrzonką.

 

 

 

 

 

 

Fajnowatość – czy istnieje?

Coolness, bardzo zabawne słowo któremu trudno znaleźć polski odpowiednik. Szukam właśnie jego powszechnej, współczesnej definicji, odpowiadającej każdemu. Jednak nawet nie potrafię znaleźć osobistej wizji osoby spełniającej moje niemożliwe wymagania. Jeszcze trudniej znaleźć kogoś, kto spełni oczekiwania wszystkich. Bo kim jest ktoś fajny według społeczeństwa. Po czym oceniamy innych?

money-card-business-credit-card-50987.jpeg

Zacznijmy od czegoś najbardziej oczywistego. Pieniądze. Żyjemy w świecie pełnym reklam, sklepów, wiecznej konsumpcji i najważniejsze jest to kto ma więcej na koncie. Jednak nie wystarczy samo posiadanie, musimy to pokazać. Dlatego zadłużamy się na potęgę tylko, by pokazać światu nasz najnowszy gadżet, designerską koszulkę, samochód z Niemiec który jest odrobinę mniej zużyty niż poprzedni. By było zabawnie, nie dbamy już o zabezpieczenie finansowe, po co przecież? Nie myślimy o swojej przyszłości, ale o tym co możemy kupić teraz. Nie krytykuję ułatwiania czy poprawiania sobie życia, sam to robię. Jednak gdy kupujesz coś by pokazać to innym … wtedy mamy poważny problem.

pexels-photo-25641-large

Przecież od tego są ubrania! Kupujemy je dla siebie, by pokazać innym jacy jesteśmy… fajni? Nie jestem tego pewnie. Nie wiem czy świadczą one o czymkolwiek. Obecnie wiele osób kupuje ubrania nie według jakości czy wygody ale metki. Dzięki temu biorą najdroższą bluzę z logiem na całą klatkę i pokazują tym kim są, licząc że ktoś pozna cenę. Czasy własnego stylu powoli umierają. Sam kupuję ubrania w galerii jak miliony innych osób i chodzę w czymś za co młody Pakistańczyk dostał może z 1% tego co zapłaciłem. Dlatego cenię ludzi którzy poszukują własnego stylu i wyróżniają się z tłumu. Może kiedyś przyjdzie pora na mnie i będę chciał swoim ubiorem pokazać swoją osobowość.

healthy-person-woman-sport

Co z tym najważniejszym, co z naszym ciałem. Bycie fit stało się niesamowicie popularne, wszędzie otwierają siłownie. Jeśli chcesz się bardziej wyróżnić idziesz na Crossfit lub zaczynasz Street Workout. Przyznam że to bardzo fajne. W czasach internetu widzimy że tyle osób dba o siebie i ćwiczy … ale chyba tylko oni się pokazują. Wiem ze to dziwne, ale społeczeństwo grubnie, ale nie zobaczysz za dużo zdjęć gdy ludzie się obżerają Chyba przez to że większość tylko ogląda, komentuje i kibicuje innym aktywnym. To trochę aproduktywne i głupie. Ile potrzeba motywacji by się ruszyć, skoro wiemy że to zdrowe i fajne? Dla wielu osób wielkiej, bo oglądają ludzi u mety, a nie na starcie i szukają ciegłych wymówek. Ale to temat na inny czas…

Czyli tak pieniądze, moda i ciało… Czy sądzę że to jest najfajniejsze w naszym społeczeństwie? Zawsze sądziłem, że nie. Uważałem że ciuchy, kobiety i seks są najważniejsze tylko dla jakiś raperów i bandy idiotów, ale w mediach widzimy głównie te rzeczy. To straszne bo właśnie one są skierowane to przeciętnego Janusza, do reprezentatywnej jednostki? Aż przeszły mnie ciarki. Chyba musimy się postarać by to zmienić. Interesować się czymś więcej niż rankingami najdroższych, najpiękniejszych i najmodniejszych. Bo zmiana zaczyna się od ciebie.

Podcasty – coś dobrego dla każdego

W busach, podczas biegania, gdy spacerujemy na łono natury i chcemy oderwać się od technologi (wiem że nielogiczne, ale zdarza się) mamy je założone. Dzięki smartfonom, wszędzie gdzie chcemy mogą towarzyszyć nam słuchawki, a my bezczelnie z tego korzystamy – i bardzo dobrze. Muszę przyznać, że noszę je nałogowo i czuję się już bez nich troszkę samotny, bo jak to tak nie zamykać się w sobie. Jeszcze bym zaczął słuchać otoczenia i myśleć samodzielnie (jeszcze bym na coś wpadł). Dlatego ja w słuchawkach zawsze mam puszczone podcasty.

 

Czuję się jak hipster, za każdym razem gdy się do tego przyznaję. Tak naprawdę to muszę się tłumaczyć połowie osób, co to jest i co ze mną jest nie tak? Czemu nie słuchasz muzyki jak normalny człowiek, ziomek? (musiałem napisać ziomek, ziomek)  Słucham i to za dużo. Od dłuższego czasu korzystam ze Spotify, więc stałem się niesamowicie leniwy i wybredny w stosunku do tego czego słucham. Nie wyszukuję żadnych artystów, nie ściągam płyt – wybieram po prostu daną playlistę w zależności od nastroju i słucham przełączając, gdy coś mi nie leży. Do dziś spędzam czasem wiele godzin z losową playlistą.

Dzięki temu, że nie muszę już przeszukiwać czeluści internetu w poszukiwania ulubionego kawałka, potem go ściągać i męczyć się z kopiowaniem na telefon, muzyka zaczęła lecieć tylko w tle bo nie muszę już starać się tyle co kiedyś. Wciąż ją kocham, ale chciałem znaleźć coś bardziej angażującego. Dlatego zacząłem szukać jakiegoś substytutu. Pierwszy logiczny pomysł – książki, próbowałem przez pół roku, ale w ruchu są niewygodne i nadają się tylko do siedzenia, audiobooki były za to za długie. Wtedy zauważyłem aplikację w telefonie która siedziała nieużywana i zakurzona jak magiczna księga na półce u czarodzieja. Apka do podcastów.

Wiem że zabrzmi to dość słabo, ale to fakt. Odmieniła ona moje życie. Tak to dziwne ale dzięki nim naprawdę się rozwijam i staje bardziej myślącym człowiekiem. Sam nie spodziewałem się że tak się w nie wciągnę. Tylko czym są podcasty? Według definicji jest to forma internetowej publikacji dźwiękowej oraz filmowej(to rzadko spotykane), najczęściej w postaci regularnych odcinków, z wykorzystaniem RSS. Prościej jest to taka audycja radiowa, którą ściągasz na telefon i może być prowadzona przez każdego z dobrym dyktafonem na dowolny temat na Ziemi. Zainteresowani?

Jeśli tak średnio lub w ogóle, to Was rozumiem. Na początku sam byłem sceptyczny ale miałem szczęście. Jeśli jesteś posiadaczem iPhone’a to aplikacja domyślna pozwala na przyjemną utratę podcastowego dziewictwa. Poleca ona mnóstwo różnorodnych audycji o ciekawej treści, co ważne także po polsku. Dzięki temu codziennie szukałem jakiś nowych nagrań, iTunes pokazuje najlepszych twórców więc łatwo coś znaleźć. Po przesiadce na Androida miałem już gorzej, po pobraniu każdej apki zeSklepu Play trafiłem na Podcast & Radio Addict i muszę przyznać, że pod wieloma względami przewyższa swoją IOS’ową wersję. Jednak największy minus to, że nie ma tak rozbudowanych rekomendacji – to na początku bardziej męczy, bo trzeba szukać czegoś fajnego w Google.

Jest za to czego szukać bo tematyka jest niesamowicie obszerna. Coaching, motywacja, pomoc finansowa, porady kuchenne, pomysły designerskie, życiowe historię, recenzje filmów i gier, ciekawostki technologiczne, ciekawostki o niczym, kursy językowe, wywiady z gwiazdami czy naukowcami, podsumowanie tygodnia w polityce lub show biznesie, analizy sportowe… jestem pewny, że o czymś nie wiem lub zapomniałem bo wciąż jest ich więcej. Gdy już  znajdziesz coś dla siebie, zwykły spacer czy jazda w busie już nigdy nie będą takie same, będzie to czas na zabawę, rozwój i poznanie ciekawych ludzi(zabrzmiało jak reklama w Mango), bo czytanie czyichś tekstów nie jest nawet w połowie tak zbliżające, jak słuchanie go przez godzinę.

Najlepsze z najlepszych

Teraz pochwalę się czego słucham. Dużo tego, nawet bardzo. To dlatego, że czasem przyśpieszałem tempo i teraz słucham na prędkości nagrania 2,5x, dalej już słyszę tylko piski. Na swojej liście mam więcej zagranicznych audycji, ale obecnie te rodzime są na podobnym poziomie. Z polskich tytułów najbardziej cenię:

  • Yes Was Podcast – duet który totalnie zniszczył konkurencje o tematyce technologii. Jako jedyni są zabawni i systematyczni. Głównie plotki o nadchodzącym sprzęcie i jej testy. Ostatnio sporo kucowych rozmów.
  • Myszmasz – wszystko o popkulturze, mnóstwo recenzji filmów, dzięki którym wiele razy ominęła mnie tragiczna premiera. Dzięki za oszczędzone pieniądze. Trochę o książkach, komiksach i grach też starają się powiedzieć. Zastanawiam się kiedy zmienią nazwę na Mysza i ci dwaj.
  • All-New Comics Weekly: Rebirth – jest tam wszystko związane z komiksami i filmach na ich podstawie. Fajnie słuchać trzech gości wiedzących wszytsko o temacie i mówiących o tym co kochają. Ciekawe kiedy kolejny reboot…
  • Raport o stanie świata – najlepsze wiadomości w Polsce. Audycja radiowej Trójki, pełen profesjonalizm. To straszne ile ciekawych informacji ze świata tylko oni poruszają.
  • Zombie vs Zwierz – o popkulturze, przynajmniej tak mówią. Tak naprawdę to podcast o wszystkim. Genialne recenzje. Warty słuchania dla chemii między prowadzącymi i fun’u jaki mają. Podobno kiedyś powiedzą coś o grach…
  • Więcej niż oszczędzanie pieniędzy – najpopularniejszy w Polsce. Zasłużenie. Nazwa mówi wszystko. Michał Szafrański rządzi.

Zagranicznych których cenię jest troszkę więcej.Te najlepsze to 99% Invisible, EOFire, Modern Love, Movie Mania, Nerd Alert News, The Minimalists, Stuff You Should Know, The School Of Greatness, The Tim Ferris Show, The Weekly Planet, This Is Your Life. Te dwa ostatnie są absolutnie moimi ulubionymi. Gdy tylko widzę nowy odcinek, mam nadzieję że kolejna droga będzie długa i jak najszybciej ich przesłucham.

To teraz do słuchania

Polecam podcasty każdemu. Bez wymówek. Niezależnie od wieku, płci, zawodu i hobby każdy znajdzie coś dla siebie. Dosłownie każdy, by to sprawdzić wyszukałem Farmer Podcast w Google. Sam jestem w szoku ile tego jest… Jeśli ktoś spróbuje, to wiem, nie musisz mi mówić że podcasty są mega. Jeśli nie to Not cool ziomek. Not cool.

A teraz do słuchania!

Praca… cz. 3

Do końca było już spokojnie, bezboleśnie i z każdą chwilą było nam łatwiej.

Poczułeś że kłamię? Wiem no, to nie było przekonujące.

Pierwsze parę dni mijał nam naprawdę bezboleśnie, uczyliśmy się wszystkiego więc nawet się nie nudziliśmy w polu. Po dwóch dniach, gdy już swoje wiedzieliśmy, co i jak dopiero zrobiło się nudno. Muszę przyznać że gdy zbierasz, a obok masz kogoś by otworzyć gębę  można to przetrwać. Ale gdy masz samotną grządkę to czujesz przepływającą każdą sekundę. Masz wtedy tylko parę opcji – samobójstwo, śpiewanie pod nosem lub założenie słuchawek.

Osobiście preferowałem te dwie ostatnie. Tylko ile można śpiewać, czasem od tego bolało mnie już gardło. Najlepsze dla mnie były podcasty w słuchawkach, ale przez to zbierałem wolniej niż zwykle… więc słuchałem tylko wtedy gdy kierownik nie widział jak pracuję.

Naszym kierownikiem był jedyny Polak mówiący po niemiecku. To u niego załatwiliśmy pracę i tylko on komunikował się z niemieckim szefem. Stresowałem się przy nim zawsze gdy przychodził do mnie w polu, bo zawsze znajdował coś brzydkiego w skrzynce. Na szczęście miał zastępcę który zabierał od nas skrzynki, zajmował się ich wyglądem i mu je zanosił.

Czwartego dnia zaczął się ból. Od tego momentu jedyne o czym marzyliśmy to wolne. Pracowało się sześć dni i jeden tygodniowo był wolny. Każdy miał inny dzień tygodnia, a nasza trójka miała wolna sobotę. Naprawdę nie mogliśmy się jej doczekać, brakowało nam snu, brakowało nam sił, a najgorsze że brakowało motywacji. Wiedzieliśmy że będą fajne pieniądze, ale trudno o nich myśleć gdy jesteś w truskawkach i nie masz ich jak wykorzystać. Pozostawało planowanie co z nimi zrobimy po powrocie.

Nie warto było myśleć co zrobimy z pieniędzmi w Niemczech, bo za bardzo nie mieliśmy czasu aby je wydać. Pracowaliśmy od 5 do 17, z dwugodzinną przerwą obiadową o 12. Często zdarzały się też nadgodziny, najgorsze były te trzygodzinne gdy musieliśmy pracować do 20. Po pracy jedyne na co mieliśmy ochotę to prysznic, kolacja i sen. Chodziliśmy na zakupy i kupowaliśmy słodycze, by poczuć odrobinę luksusu. Czasem gdy mieliśmy więcej energii, robiliśmy mały spacer na miejski stadion dla urozmaicenia.

Największym zbawieniem były dla nas dni wolne. W sumie mieliśmy dwa podczas pobytu. Te Wielkie Soboty niesamowicie pomogły nam w przetrwaniu, jestem pewnie że bez nich nie dalibyśmy rady. Spaliśmy wtedy cały poranek, a potem robiliśmy wielkie pranie. Wszystko nas bolało ale wiedzieliśmy że od siedzenia w obozie zwariujemy. Dlatego wychodziliśmy zwiedzać Mainz. Za pierwszym razem pojechaliśmy na rowerach do pobliskiego parku, w kolejnym zwykły spacer po okolicy był wypoczynkiem. Potrzebowaliśmy jakiegoś relaksu dla mózgu.

Potem już z górki. Po pierwszym wolnym znowu do pola. Kolejne sześć dni. Dzień wolny. Osiem dni w polu. Wyjazd. Troszkę przyśpieszyłem żeby nikogo nie zanudzić , bo naprawdę niewiele się wydarzyło przez ten czas. Oczywiście były pewne głupie i idiotyczne przygody, ale nie ma się czym chwalić.

Były nawet chwile gdy chcieliśmy wyjeżdżać. Szczerze to było wiele takich momentów. Pamiętam szczególnie jeden, gdy po powrocie do pokoju z nadgodzin nawet nie mieliśmy ochotę na uśmiech i zbijanie piątek (zbijanie piątek to była nasza tradycja po każdym dniu, liczyliśmy wtedy ile godzin za nami – najlepszy moment dnia). Wszystko nas wtedy bolało, przez cały dzień byliśmy samotni w polu bez nikogo do rozmowy, tęsknota za domem nas dobijała i jeszcze spadło tyle deszczu, że Noe pewnie zaczął budować barkę. Wtedy podjęliśmy najlepszą decyzje która uratowała nas przed ucieczką, nie rozmawialiśmy nigdy o powrocie gdy byliśmy bez sił. Tak przerwaliśmy każdy kolejny dzień.

Nasz powrót nastąpił w niedzielę. Nie spodziewałem się, że pożegnanie będzie tak miłe. Mimo że to tylko trzy tygodnie to stworzyliśmy tam rodzinną atmosferę. Na pożegnanie każdy powiedział nam pozytywne słowo na drogę, nawet kierownik który prawie nic nie mówił. Udany wyjazd.

Z Niemiec zapamiętam jedno – ciężka praca popłaca.

 

Praca … cz. 2

Droga do Mainz była męcząca. Jechaliśmy 18 godzin, z jedną przesiadką w busie pełnym Niemców. Bardzo ciekawe 1000 km. Kupiliśmy bilet powrotny  i odległą o 3 tygodnię datę z możliwością zmiany terminu na dowolny dzień z myślą, czy wytrzymamy tyle czasu? Celem było przepracowanie 180 godzin w polu.

Przy wyjściu z autokaru czekała na nas pierwsza niespodzianka, okazało się że kierownik nie przyjechał nas odebrać, nastąpiła mała pomyłka w komunikacji. Byliśmy więc samotni w Niemczech, z wielkimi bagażami i tylko dzięki GPSowi wiedzieliśmy, że czeka nas 5 kilometrowy spacer na 30- stopniowym upale. Chociaż tyle że wiedzieliśmy gdzie mamy iść.

Po 500 metrach nasze ciała uznały że nie damy rady i musimy wziąć autobus lub taxi, a że szkoda nam było wydawać na taxi w pierwszym dniu, więc autobus wygrał. Szliśmy z tobołami po przystankach i zaczepiałem przypadkowych Niemców o trasę. Każdy mówił że autobusy tam nie jadą więc z każdą kolejną osobą taksówka stawała się naszym jedynym wyjściem. Żeby nie było za łatwo – straciliśmy sygnał GPS i pomyliliśmy trasy.

Jako ostatnia deska ratunku, podszedłem do starszego Niemca i spytałem o drogę. Musieliśmy wyglądać wtedy strasznie i zrobiło mu się nas chyba żal. Po krótkiej rozmowie  powiedział z uśmiechem, że zawiezie nas na miejsce. To była jedna z najmilszych rzeczy jaka mnie spotkała. Zwykły gość, w sedanie, bez strachu przed trzema mężczyznami, włożył ich do auta z wielkimi bagażami, ryzykując mandatem za przeładowanie i zawiózł pod sam adres.

Tak właśnie dostaliśmy się do naszej pracy. Było południe więc nikt na nas nie czekał. Gdy wybiła pora obiadowa, poznaliśmy wszystkich i zakwaterowaliśmy się w naszym nowym pokoju. Zabawne jest że pierwszym zdaniem jakie usłyszeliśmy było „Po co przyjeżdżaliście, jeszcze możecie wrócić”  muszę przyznać, nie była to najlepsza motywacja.

Na drugi dzień zaczęliśmy pracę. O 4:55 mieliśmy być garażu i czekać na dalsze polecenia. Ubrani w gumowce które dostaliśmy, (całkiem wygodnę, czemu ludzie nie chodzą w takich po mieście?) pojechaliśmy w pole starymi volkswagenami, jazda w nich była jedną z moich ulubionych części pracy – nie sam początek pracy ale wspólne rozmowy i ten stres przed nią, a po pracy ulga .

Przyznam że w pierwszym dniu byliśmy tragiczni. Wyrabialiśmy 20% normy, ale każdy wokół nam pomagał i pokazywał co robimy źle, a było tego dużo. Nie sądziłem że w zbieraniu trzeba tyle myśleć o jakości truskawki. Na szczęście trafiliśmy na naprawdę miłych ludzi którzy starali się pomagać kiedy tylko mieli okazję.

Więc co robiłem? Pole ma długość i szerokość podobną do boiska piłki nożnej, a grządki są ustawione wzdłuż co ok. pół metra. Wszystko zaprojektowane tak by człowiek zmieścił się  i mógł zbierać po obu stronach. Klęczysz, kucasz lub czasem leżysz, nie ważne jak masz tylko zbierać z drzewek rosnących do 20 centymetrów w górę. Na każdym z nich, jest do 10 truskawek ale czasem nie ma nic. Przed sobą masz wózek w którym jest mieści się skrzynka na 10 kobiałek i kosz na marmoladę. To tyle filozofii.